24

Wednesday, July

Appalachy, stolica stanu Waszyngton kapitol USA

Zimowa wyprawa do Kolorado
 /  / Zimowa wyprawa do Kolorado
Zimowa wyprawa do Kolorado

Zimowa wyprawa do Kolorado

Zimowa wyprawa do Kolorado
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Wyskakując z samochodu złapałem jeszcze aparat fotograficzy i jedną rękawiczkę którą udało mi się namierzyć w bałaganie rupieci zalegających kilkuwarstwowo przestrzeń bagażową SUVa. Do krawędzi drogi było bliżej niż się spodziewałem i już po chwili maszerowaliśmy dziarsko w kierunku miasteczka. Nastrój wyraźnie się poprawił, prysło napięcie, typowa reakcja organizmu na sytuację stresową, coś co dzieje się na tyle szybko i niespodziewanie iż człowiek nie jest w stanie przyswoić w rozsądnym tępie natłoku bombardujących go bodźców. Fachowcy zwą to szokiem. Wstąpiła w nas niespotykana energia, jakieś ukryte jej zasoby z których istnienia nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy zostały wyzwolone i pchały nas przed siebie. Co to jest trzydzieści parę kilometrów spaceru w czasie śnieżnej zawieji, po górskiej drodze, w zupełnych ciemnościach, w temperaturze -20°C? Nie było nam jednak dane zweryfikować odpowiedzi na to pytanie gdyż po kilkunastu minutach dopędziły nas światła reflektorów nadjeżdzającego zza pleców samochodu. Uskoczyliśmy na pobocze jednocześnie energicznie wymachując rękami dając kierowcy do zrozumienia iż nie mielibyśmy nic przeciwko żeby się tu i teraz zatrzymał. Interpretacja naszych zamiarów zajęła kierowcy kilka sekund, w końcu jednak dotarły do niego nasze intencje a mijając nas wdepnoł pedał hamulca stając kilkanaście metrów dalej. Dobiegliśmy do pojazdu a kiedy uchylił okno w kilku zdaniach wytłumaczyłem mu zaistniałą sytuację i spytałem o pomoc. Młody człowiek, otwarty na ludzkie nieszczęście, zgodził się przetransportować nas do Crawford z którego pochodził i do którego właśnie wracał z lokalnej imprezy w Gunnison. W tym momencie zorientowaliśmy się iż od strony tego ostatniego nadciąga kolejny samochód. Ten również zatrzymał się choć tym razem nie machaliśmy już rękami a z wnętrza wypadła kurpulentna niewiasta. Kiedy dowiedziała się co zaszło postanowiła przejąć inicjatywę, stwierdziła iż jest pielegniarką a ja skonstatowałem w tym czasie iż jest lekko pijana. To nie dziwiło gdyż wraz z małżonkiem również wracali ze wspomnianej już imprezy w „mieście”. Musiałem odpowiedzieć na serię podchwytliwych pytań w stylu, czy mam zawroty głowy i czy nie posiadam jakieś złamanej kości w organizmie oraz przejść badanie pulsu w okolicach nadgarstka. Aha i podobno miałem też rozszeżone nienaturalnie źrenice co stwierdziła fachowo wpatrując się w moją twarz swoimi nienaturalnie rozszeżonymi źrenicami. W końcu pozwoliła nam wdrapać się do samochodu należącego do młodego kierowcy, nie pamiętam już dziś jego imienia, stwierdzając iż powiadomi znajomych właścicieli lokalnego hoteliku w celu zapewnienia nam noclegu. Wydała też stosowne polecenie naszemu kierowcy aby nie zwlekając dostarczył nas pod odpowiedni adres. Nasz nowy środek transportu okazał się wiekowym Dodg’em Omni z zupełnie niewydajnym systemem ogrzewania. Z punktu widzenia temperatury naszych ciał nie miało to większego znaczenia gdyż byliśmy okutani odzieżą dość szczelnie, wpływało to jednak bardzo niekorzystnie na przednią szybę gdzie para z naszych oddechów skraplała się w niesamowitych ilościach i natychmiast zamarzała. Po kilku minutach pole widzenia naszego kierowcy ograniczało się jedynie do niewielkiego owalu o niregularnych kształtach własnoręcznie wydrapanego w szronie tuż przed jego oczami. Nie przeszkadzało mu to jednak zupełnie w próbie udowodnienia nam że jego pojazd to jeszcze świetna bryka mogąca rozwinąć jakąś zawrotną prędkość. Jakąś bo prędkościomierz nie działał zupełnie, jedynie potępieńcze wycie wiatru w szczelinach i dziurach poszycia oraz skowyt silnika dawały pewne zrozumienie szybkości z jaką fruneliśmy nad przepaściami. Było mi wszystko jedno, trzymałem się tylko kurczowo fotela i drzwi z naiwną nadzieją iż to poprawi właściwości areodynamiczne pojazdu. Do dziś nie wiem jak on to zrobił ale doleciał bez przeszkód pod wskazany ardes, a tam czekali już na nas rozbudzeni właściciele. Pokój okazał się bardzo przytulny, był nawet kominek ale nie mieliśmy za bardzo siły i energii na jego uruchomienie. Zadzwoniliśmy tylko na policję aby zdać raport z zaistniałej sytuacji. Okazało się że samochód został już zlokalizowany przez lokalne służby (park ranger), powiadomiono rówież mechanika z Gunnison który dysponował specjalnym dźwigiem do holowania uszkodzonych pojazdów. Jedyne co musieliśmy zrobić to zameldować się wczesnym rankiem na miejscu wypadku. Spało nam się dobrze i zanim jeszcze wstało Słońce byliśmy już gotowi do drogi. Zrezygnowaliśmy ze śniadania oferowanego przez właścicielkę hotelu bo chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do wraku a to mogło okazać się trudnę ze względu na fakt iż nie dysponowaliśmy żadnym środkiem transportu i znowu byliśmy zdani na uprzejmość lokalnej społeczności. Okazało się jednak że tubylcy są raczej przyjaźnie nastawieni do turystów, pewnie dlatego że o tej porze roku to raczej dziwne zjawisko, bo wystarczyło tylko kilka minut machania ręką stojąc na poboczu drogi aby zatrzymał się pierwszy samochód. Piszę „pierwszy” bo mieliśmy po drodze kilka przesiadek. Podróżowaliśmy w kabine pick-up’a w towarzystwie dwóch psów i oczywiście kierowcy, ich właściciela. Niestety jego trasa nie pokrywała się w stu procentach z naszą więc po kilku milach musieliśmy rozstać się na rozdrożu. Następny był potężny pick-up Dodge z dwoma dżentelmenami udającymi się na polowanie. Z braku miejsca w kabine wylądowaliśmy na skrzyni ładunkowej co wyeksponowało nas całkowicie na działanie wiatru który potęgowany mrozem powodował u nas kompletne sztywnienie kończyn przerywane niekontrolowanymi dreszczami całego ciała. W pewnym momencie, byłem już prawie pewny że odmroziłem sobie lewą stopę, samochód zatrzymał się gwałtownie kiedy myśliwi zauważyli jelenia na niewielkim wzniesieniu nieopodal drogi i postanowili go zastrzelić. Dali nam do zrozumienia że to koniec tego odcinka podróży. Ostatni etap pokonaliśmy w kabinie wielkiego rekreacyjnego wehikułu którym emerytowane małżeństwo przemierzało Stany na przełaj. Okazało się że mechanik był już na miejscu i przygotowywał się do akcji. Ze zdziwieniem skonstatowałem iż „pionowe skały” które widziałem po lewej stronie drogi tuż przed wypadkiem w świetle dziennym jawiły sie całkiem niewinnie, nie wspominając nawet o „pionowym urwisku” po którym stoczyliśmy się w „bezdenną przepaść”. Ford Explorer leżał na boku, to się zgadzało, ale nie na dnie głebokiego kanionu o stromych ścianach ale kilkanaście metrów od drogi, na niewielkiej pochyłości spoczywając sobie spokojnie na łożu z gałęzi. Odebrałem to jako praktyczną lekcję z „teorii względności”, definitywny dowód na to że czas i przestrzeń są wartościami relatywnymi.

Jak dowiedzieliśmy się od mechanika podobno mieliśmy szczęście, w tym rejonie było już sporo podobnych wypadków z których kilka skończyło się na samym dnie prawdziwego kanionu czyli 730 metrów poniżej. My trafiliśmy na krzaki!

Cała operacja wydobycia samochodu nie trwała dłużej niż pół godziny a co najbardziej dziwne to fakt iż samochód był praktycznie nieuszkodzony. Krzaki złagodziły siłe uderzenia i nawet prawę lusterko nie zostało zmiażdzone. Nie chciałem jednak sprawdzać czy silnik jest wciąż sprawny. Ze względu na horyzontalne położenie pewna ilość oleju mogła przedostać się do przestrzeni pomiędzy tłokiem a głowicą co, przy próbie uruchomienia mogło spowodować nieodwracalne uszkodzenie zaworów. Zdaliśmy się na holowanie. W Gunnison dostaliśmy samochód zastępczy z wypożyczalni i już bez przygód dotarliśmy do Chicago.

About the author:

Related posts